Rozdział 1
,,O krok za daleko. Być może będę żałowała tego do
końca życia…, czyli nie tak długo…” Moje życie było zagrożone, jednak nie przez
chorobę czy coś podobnego.
Pewnej nocy
otworzyłam w domu drzwi balkonowe. Położyłam się spać i zgasiłam lampkę.
Chłodny i delikatny wiatr muskał jedwabne firany. Wyglądało to tak jakby stado
duchów próbowało wejść do pokoju. Blady księżyc świecił swoim jasnym blaskiem,
który oświetlał niewielką izbę. Do pokoju wleciała zagubiona ćma, jednak nikt
nie domyśliłby się, że ten insekt to koniec błogiego snu. Owad zamienił się w
wysokiego i chudego mężczyznę z dużym worem w dłoni.
-ciemna noc dziecino… gwiazdy świecą, gęsta mgła
okrywa świat – nucił szeptem do ucha Lany.
Osiemnastoletnia Lana otworzyła oczy. Ujrzała
mężczyznę w czarnym płaszczu, nie widziała jego twarzy, iż zasłonięta była
ciemną chustą.
-Czemuż się lękasz? Maleńka… To potrwa zaledwie chwilę
– kontynuował wróg niecnie się pry tym śmiejąc.
Kobieta nie mogła wydusić z siebie słowa. Nikogo nie
było w domu oprócz tajemniczego mordercy.
-Spokojnie, tylko się nie denerwuj i oddychaj, bo mało
powietrza zostało już w twoich płucach.”
Lana nie pamiętała już nic więcej. Opowiedziała
wszystko, co zostało jeszcze w jej głowie. Leżąc na szpitalnym łóżku próbowała
odświeżyć pamięć, ale nie pamiętała kompletnie nic. Nad kozetką stanął lekarz
robiący jakieś notatki.
-Co mi jest? –zapytała osłabiona.
-Wiem niewiele –westchnął doktor Filemon. – jednak
pani organizm wykazał obecność dużej ilości kofeiny. Piła pani może kawę, a
raczej kilka kaw?
-N… nie.
-Na pani ciele są liczne siniaki i zadrapania… - powiedział
ciągle notując, w pewnym momencie jego wzrok zatrzymał się na trzęsącej się
dłoni pacjentki. –a co pani ma na dłoni?
Lana z trudem uniosła rękę.
-Oh… to bardzo niepokojące. Widać, że w pani rękę zostały
wbite setki grubych igieł. Czy pani miała jakieś życiowe kłopoty, a tak w ogóle
gdzie pani rodzice?
-Wyjechali na tydzień… mniemam, że są teraz niedaleko
stacji badawczej Vinsona na Antarktydzie. A co do mojego życia to jest piękne,
przysięgam, że nie próbowałam się okaleczać.
-Dobrze…, Więc… A jakim cudem ten mężczyzna znalazł
się w pani pokoju?
-On był ćmą.
-Ćmą powiadasz? Czy ktoś opowiadał ci, dlaczego tu
jesteś?
-Nie.
-Wyjaśnię ci –rzekł doktor siadając na lnianym
krześle. – Przechadzałem się niedaleko ulicy Gibraltarskiej i usłyszałem wybuch.
Przybiegłem, więc zdruzgotany i na ulicy zobaczyłem ciebie i… szczątki pewnego
mężczyzny. Zadzwoniłem na pogotowie i gdy przyjechało włożyliśmy ciebie do
wozu. Po chwili zamiast szczątek ciała ujrzałem ćmy. Tak… bardzo dużo martwych
ciem.
Dojechałem do szpitala i teraz jesteśmy tutaj.
-Porwali mnie? –pytała zaciekawiona.
-Nie wiem. Ale chyba przetransportujemy cię do
szpitala psychiatrycznego, potrzebujesz tego.
Czułam jakby cały świat obrócił się przeciwko mnie,
jakby jakaś inna rasa mnie opętała. W mojej salce zobaczyłam mężczyznę z
pięknymi blond włosami ułożonymi w artystyczny nieład –jak to powiada moja
przyjaciółka Jasmine. To był mój kochany Lucas! Podbiegł do mnie i natychmiast
pocałował.
-Co się stało Merylin?! –zapytał zdyszany.
-Nie wiem, chyba mnie porwali, jakieś ćmy. Nie mam
pojęcia, co się dzieje, ale –zaczęłam szeptać do mojego chłopaka. –wydaje mi
się, że zostałam opętana przez jakieś ćmy, wiesz? I … boję się.
-Chyba jesteś w bardzo złym stanie, nie martw się
wyzdrowiejesz –rzekł uśmiechając się.
-Musisz mi uwierzyć … -jęknęłam chwytając jego
zmarzniętą dłoń.
Niestety Lucas nie uwierzył, westchnął ciężko i
pomachał mi na dowiedzenia. Wyszedł ze szpitala… Oglądałam jego oddalającą się
sylwetkę przez uchylone okno. Podeszła do niego jakaś obca mi do tej pory
dziewczyna. Nie ukrywam, że była przepiękna. W końcu każda szatynka z ciemnymi
oczami przyciąga do siebie mężczyzn jak magnes. Rozmawiali o czymś posyłając
sobie urocze uśmiechy, szatynka wspaniale się bawiła. Widziałam jak szczerzy do
niego mlecznobiałe ząbki. Oh… Każda szatynka jest ładniejsza niż blondynka. Ta
wesoła szczupła kobieta wsiadła do nowego porsche razem z moim Lucasem!
Włączyła silnik i uśmiechnęła się uwodzicielsko. Pojechali… razem! Załamałam
się, wtuliłam głowę w poduszkę tłumacząc sobie, że to nic nie znaczyło. Zapadł
wieczór, świeciły się jedynie małe lampki nocne. Wpatrywałam się w obdartą
ścianę… Zobaczyłam ćmę, która wzbudziła we mnie potężny lęk. Gapiłam się na nią
czując jak trzęsą mi się dłonie. W głowie miałam obraz tego okropnego pana z
workiem. Owad zaczął niespokojnie latać po salce, usiadł na krawędzi łóżka
dotykając mojej wysuniętej spod kołdry stopy. Przełknęłam nerwowo ślinę. Byłam
pewna, że zaraz się przemieni. Mijały minuty … godziny… Północ! Zegar w
dzwonnicy zaczął głośno łomotać, a ćma nareszcie się ruszyła z miejsca. Usiadła
na podłodze, co jeszcze nigdy się nie zdarzyło, bo jak to ćma na podłodze?!
Zamieniła się, znowu… Rozpłakałam się, bałam, trzęsłam, było mi gorąco… i
słabo. To był facet w czarnym płaszczu i skórzanych butach. Twarz miał
odsłoniętą, a na niej zarośnięte i krzaczaste brwi, groźnie spoglądające oczy i
suche usta.
-Pamiętasz Benjamina? –zaśmiał się złowieszczo. –Jak
to nie? przyszedł wczoraj do ciebie, mówił, że zabraknie ci w płucach
powietrza.
Pokręciłam głową ocierając kapiące łzy.
-Wiesz przecież, że umarł? No, … więc, zabiłaś mojego
przyjaciela, najlepszego przyjaciela –kontynuował.
-Ależ ja nic mu nie zrobiłam.
-Dziecko zamknij się! Nie pamiętasz, co się wydarzyło,
bo ty również ledwo uszłaś z życiem. Twój dom wybuchnął.
-Jak to? Profesor Filemon nic mi o tym nie powiedział,
mówił, że leżałam na ulicy obok martwych ciem.
-Nie masz pojęcia co się z tobą dzieje! Kiedy widzisz
ćmę jesteś gdzie indziej. Nie ma tu żadnego szalonego profesorka, Filkomenta
czy jak tam go zwiesz. Są ćmy, jest zło i ona…
-Jaka ona!?
-Karaluicha. Zabiję cię. Ale musisz zachować spokój i
być cicho. U nas milczenie jest złote –szeptał pan w czarnym surducie.
-Chwila! –wrzasnęłam. Nie pozwolę ci mnie zabić.
-Nie? Więc przyjdę w nieoczekiwanym momencie.
-Pomocy! –krzyczałam, wierciłam się i piszczałam.
–zaraz przyjdą lekarze i to oni cię zabiją! Patrz już idzie.
Doktorek wszedł do pokoju, a mężczyzna momentalnie
zamienił się w ćmę i wyleciał z pokoju. Profesor sprawdził mi ciśnienie i
zaczął mnie delikatnie uderzać.
-Co się dzieje? –przemawiał do mnie cichym, ale
basowym głosem.
Milczałam, wybuchnęła gorzkim płaczem. Zaczęłam
wyrywać wszystkie kabelki do mnie podłączone, zerwałam kroplówkę, wrzeszczałam
jak opętana. Lekarze mnie łapali i próbowali wrzucić z powrotem do łóżka. Nie
dawałam za wygraną. Szybko otworzyłam okno i ostatecznie popatrzyłam na
oszołomionych lekarzy próbujących mnie powstrzymać i na wielką ulicę, która
wydawała się taka maleńka z perspektywy szóstego piętra.
-Umrzesz, nie skacz! –krzyczał łapiąc moje
roztrzęsione ręce.
Skoczyłam. W tej chwili zmieniło się całe moje życie.
Pożegnałam Lucasa, lekarzy, Jasmine i tamtą piękną dziunię podrywającą mojego
chłopaka, ale nie pożegnałam najważniejszego – życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz