poniedziałek, 9 czerwca 2014


Rozdział 1


,,O krok za daleko. Być może będę żałowała tego do końca życia…, czyli nie tak długo…” Moje życie było zagrożone, jednak nie przez chorobę czy coś podobnego.
   Pewnej nocy otworzyłam w domu drzwi balkonowe. Położyłam się spać i zgasiłam lampkę. Chłodny i delikatny wiatr muskał jedwabne firany. Wyglądało to tak jakby stado duchów próbowało wejść do pokoju. Blady księżyc świecił swoim jasnym blaskiem, który oświetlał niewielką izbę. Do pokoju wleciała zagubiona ćma, jednak nikt nie domyśliłby się, że ten insekt to koniec błogiego snu. Owad zamienił się w wysokiego i chudego mężczyznę z dużym worem w dłoni.
-ciemna noc dziecino… gwiazdy świecą, gęsta mgła okrywa świat – nucił szeptem do ucha Lany.
Osiemnastoletnia Lana otworzyła oczy. Ujrzała mężczyznę w czarnym płaszczu, nie widziała jego twarzy, iż zasłonięta była ciemną chustą.
-Czemuż się lękasz? Maleńka… To potrwa zaledwie chwilę – kontynuował wróg niecnie się pry tym śmiejąc.
Kobieta nie mogła wydusić z siebie słowa. Nikogo nie było w domu oprócz tajemniczego mordercy.
-Spokojnie, tylko się nie denerwuj i oddychaj, bo mało powietrza zostało już w twoich płucach.”
Lana nie pamiętała już nic więcej. Opowiedziała wszystko, co zostało jeszcze w jej głowie. Leżąc na szpitalnym łóżku próbowała odświeżyć pamięć, ale nie pamiętała kompletnie nic. Nad kozetką stanął lekarz robiący jakieś notatki.
-Co mi jest? –zapytała osłabiona.
-Wiem niewiele –westchnął doktor Filemon. – jednak pani organizm wykazał obecność dużej ilości kofeiny. Piła pani może kawę, a raczej kilka kaw?
-N… nie.
-Na pani ciele są liczne siniaki i zadrapania… - powiedział ciągle notując, w pewnym momencie jego wzrok zatrzymał się na trzęsącej się dłoni pacjentki. –a co pani ma na dłoni?
Lana z trudem uniosła rękę.
-Oh… to bardzo niepokojące. Widać, że w pani rękę zostały wbite setki grubych igieł. Czy pani miała jakieś życiowe kłopoty, a tak w ogóle gdzie pani rodzice?
-Wyjechali na tydzień… mniemam, że są teraz niedaleko stacji badawczej Vinsona na Antarktydzie. A co do mojego życia to jest piękne, przysięgam, że nie próbowałam się okaleczać.
-Dobrze…, Więc… A jakim cudem ten mężczyzna znalazł się w pani pokoju?
-On był ćmą.
-Ćmą powiadasz? Czy ktoś opowiadał ci, dlaczego tu jesteś?
-Nie.
-Wyjaśnię ci –rzekł doktor siadając na lnianym krześle. – Przechadzałem się niedaleko ulicy Gibraltarskiej i usłyszałem wybuch. Przybiegłem, więc zdruzgotany i na ulicy zobaczyłem ciebie i… szczątki pewnego mężczyzny. Zadzwoniłem na pogotowie i gdy przyjechało włożyliśmy ciebie do wozu. Po chwili zamiast szczątek ciała ujrzałem ćmy. Tak… bardzo dużo martwych ciem.
Dojechałem do szpitala i teraz jesteśmy tutaj.
-Porwali mnie? –pytała zaciekawiona.
-Nie wiem. Ale chyba przetransportujemy cię do szpitala psychiatrycznego, potrzebujesz tego.
Czułam jakby cały świat obrócił się przeciwko mnie, jakby jakaś inna rasa mnie opętała. W mojej salce zobaczyłam mężczyznę z pięknymi blond włosami ułożonymi w artystyczny nieład –jak to powiada moja przyjaciółka Jasmine. To był mój kochany Lucas! Podbiegł do mnie i natychmiast pocałował.
-Co się stało Merylin?! –zapytał zdyszany.
-Nie wiem, chyba mnie porwali, jakieś ćmy. Nie mam pojęcia, co się dzieje, ale –zaczęłam szeptać do mojego chłopaka. –wydaje mi się, że zostałam opętana przez jakieś ćmy, wiesz? I … boję się.
-Chyba jesteś w bardzo złym stanie, nie martw się wyzdrowiejesz –rzekł uśmiechając się.
-Musisz mi uwierzyć … -jęknęłam chwytając jego zmarzniętą dłoń.
Niestety Lucas nie uwierzył, westchnął ciężko i pomachał mi na dowiedzenia. Wyszedł ze szpitala… Oglądałam jego oddalającą się sylwetkę przez uchylone okno. Podeszła do niego jakaś obca mi do tej pory dziewczyna. Nie ukrywam, że była przepiękna. W końcu każda szatynka z ciemnymi oczami przyciąga do siebie mężczyzn jak magnes. Rozmawiali o czymś posyłając sobie urocze uśmiechy, szatynka wspaniale się bawiła. Widziałam jak szczerzy do niego mlecznobiałe ząbki. Oh… Każda szatynka jest ładniejsza niż blondynka. Ta wesoła szczupła kobieta wsiadła do nowego porsche razem z moim Lucasem! Włączyła silnik i uśmiechnęła się uwodzicielsko. Pojechali… razem! Załamałam się, wtuliłam głowę w poduszkę tłumacząc sobie, że to nic nie znaczyło. Zapadł wieczór, świeciły się jedynie małe lampki nocne. Wpatrywałam się w obdartą ścianę… Zobaczyłam ćmę, która wzbudziła we mnie potężny lęk. Gapiłam się na nią czując jak trzęsą mi się dłonie. W głowie miałam obraz tego okropnego pana z workiem. Owad zaczął niespokojnie latać po salce, usiadł na krawędzi łóżka dotykając mojej wysuniętej spod kołdry stopy. Przełknęłam nerwowo ślinę. Byłam pewna, że zaraz się przemieni. Mijały minuty … godziny… Północ! Zegar w dzwonnicy zaczął głośno łomotać, a ćma nareszcie się ruszyła z miejsca. Usiadła na podłodze, co jeszcze nigdy się nie zdarzyło, bo jak to ćma na podłodze?! Zamieniła się, znowu… Rozpłakałam się, bałam, trzęsłam, było mi gorąco… i słabo. To był facet w czarnym płaszczu i skórzanych butach. Twarz miał odsłoniętą, a na niej zarośnięte i krzaczaste brwi, groźnie spoglądające oczy i suche usta.
-Pamiętasz Benjamina? –zaśmiał się złowieszczo. –Jak to nie? przyszedł wczoraj do ciebie, mówił, że zabraknie ci w płucach powietrza.
Pokręciłam głową ocierając kapiące łzy.
-Wiesz przecież, że umarł? No, … więc, zabiłaś mojego przyjaciela, najlepszego przyjaciela –kontynuował.
-Ależ ja nic mu nie zrobiłam.
-Dziecko zamknij się! Nie pamiętasz, co się wydarzyło, bo ty również ledwo uszłaś z życiem. Twój dom wybuchnął.
-Jak to? Profesor Filemon nic mi o tym nie powiedział, mówił, że leżałam na ulicy obok martwych ciem.
-Nie masz pojęcia co się z tobą dzieje! Kiedy widzisz ćmę jesteś gdzie indziej. Nie ma tu żadnego szalonego profesorka, Filkomenta czy jak tam go zwiesz. Są ćmy, jest zło i ona…
-Jaka ona!?
-Karaluicha. Zabiję cię. Ale musisz zachować spokój i być cicho. U nas milczenie jest złote –szeptał pan w czarnym surducie.
-Chwila! –wrzasnęłam. Nie pozwolę ci mnie zabić.
-Nie? Więc przyjdę w nieoczekiwanym momencie.
-Pomocy! –krzyczałam, wierciłam się i piszczałam. –zaraz przyjdą lekarze i to oni cię zabiją! Patrz już idzie.
Doktorek wszedł do pokoju, a mężczyzna momentalnie zamienił się w ćmę i wyleciał z pokoju. Profesor sprawdził mi ciśnienie i zaczął mnie delikatnie uderzać.
-Co się dzieje? –przemawiał do mnie cichym, ale basowym głosem.
Milczałam, wybuchnęła gorzkim płaczem. Zaczęłam wyrywać wszystkie kabelki do mnie podłączone, zerwałam kroplówkę, wrzeszczałam jak opętana. Lekarze mnie łapali i próbowali wrzucić z powrotem do łóżka. Nie dawałam za wygraną. Szybko otworzyłam okno i ostatecznie popatrzyłam na oszołomionych lekarzy próbujących mnie powstrzymać i na wielką ulicę, która wydawała się taka maleńka z perspektywy szóstego piętra.
-Umrzesz, nie skacz! –krzyczał łapiąc moje roztrzęsione ręce.
Skoczyłam. W tej chwili zmieniło się całe moje życie. Pożegnałam Lucasa, lekarzy, Jasmine i tamtą piękną dziunię podrywającą mojego chłopaka, ale nie pożegnałam najważniejszego – życia.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz